Na koniec Polski i o jeden metr dalej…

Covid-19 zmienił nasze tegoroczne plany i dopięty na ostatni guzik integracyjny wyjazd całym klubem na motocyklach dookoła świata przesuwa się być może na kolejny rok…. zobaczymy.
Chcieliśmy się ruszyć chociaż parę kilometrów, przekroczyć choć jedna granicę i to się udało. W piękny piątek z rana, tuż po tym jak skończyło lać wskoczyliśmy na motocykle i ruszyliśmy na koniec polski i finalnie posunęliśmy się nawet o krok dalej 🙂 ale po kolei.
Ruszyliśmy wypatrując deszczu na niebie, ale ten (pewnie dlatego, że jak jechałem) cały wyjazd pojawiał się jedynie na horyzoncie i nawet kropla przez całe 3 dni nie trafił na nasze kaski. Pierwszy postój – wizyta w Malborku. Nie uwierzycie – zamek stoi jak stał, łezka w oku, jedno selfie dla tych co kiszą się w domu i dalej na koniec mierzei wiślanej. Wizyta gospodarska w Krynicy Morskiej a właściwie parę kilometrów dalej podsunęła nam następujące wnioski: przekop mierzei jest jakoś bliżej niż się tego spodziewaliśmy, zaraz na początku mierzei i jest „w proszku” znaczy rozpierdzielone i zostawione…, na mierzei jest bardzo dużo fajnych zakrętasów wijących się całą drogę w lesie (super), plaże są piękne i nie docierają tam media, chyba żadne bo o covidzie nikt tam nic nie wiedział a lato w pełni :). Z krańca Krynicy „pognaliśmy” na Frombork. Pognaliśmy skrótami więc… wylądowaliśmy na wale przeciwpowodziowym wśród krów i właściwie zatrzymał nas tylko szlaban oraz kilkumetrowy rów odgradzające nas od jakiegoś gospodarza. Nawrotka, wiele kilometrów szutrów, trochę asfaltu wbrew znakom, nawigacjom.. i obiad z Kopernikiem. Potem było już tylko z górki, czyli diabelski kamień (przy którym najsłabsze ogniwo łapie niejednoznaczną gumę) rozmowy z lokalesami (tak – można dostać przenośny kompresor za friko na całą noc) i nocna modlitwa w świętej Lipce. Kolejny dzień to wiele miejsc i przygód czyli w telegraficznym skrócie, poranna modlitwa o pełne powietrza koła, rzeźnik naprawiający dętki, Giżycko, poniemieckie bunkry, piramidy energetyczne, przypadkowe spotkania z braćmi :), wiadukty, trójstyk granic, wizyta jedną nogą na Litwie, jezioro Hańcza, szutry, jezioro Hańcza, szutry i asfalt, jezioro Hańcza.. no k.. ile razy jeszcze 😉 piękne lasy, jeziora, Wigry, Wigry, Wigry i nocleg pod Augustowem :). Trzeci dzień to w sumie już tylko powrót. Niby powrót ale jaki ! Przelecieliśmy najfajniejszą traską pomiędzy Augustowem-Ruciane-Szczytno-Olsztynek, super droga :). Dalej już tylko Grunwald i bocznymi jak się dało do Torunia po drodze pomachaliśmy do Orła Białego i do domu – 500km zajefajnej jazdy przez lasy i pola. Wyprawa ponad 1300 km w 3 dni w super humorach, towarzystwie i pogodzie 🙂